wtorek, 2 maja 2017

Rozdział 2


            Ostatni raz spojrzała na zegarek, później na telefon i poprawiła swój kombinezon. Idealnie przylegał do jej ciała, co momentami strasznie ją denerwowało. Ale mus to mus – w końcu jednak był to odpowiednio przystosowany strój na misje i nie tylko ona musiała w nim chodzić. Biorąc pod uwagę swoje umiejętności, wcale nie musiała go mieć tak naprawdę, ale wyjątkowo dobrze się w nim walczyło, więc nie miała za bardzo innego wyjścia. Zeszła z góry i oparła się o framugę, spoglądając na swoich rodziców. Jak co wieczór, zalegali na kanapie i oglądali wiadomości.
            Westchnęła, rozmasowując sobie skronie. Wolała dostawać zlecenia bez uprzedzenia, najlepiej tak, żeby jej rodzice dowiadywali się o wszystkim po fakcie. Stracili ją na lata, a odzyskali niedawno, tak naprawdę. Co z tego, że pozwalano jej wracać co jakiś czas? Wtedy to było zupełnie coś innego. Wrócić na dzień. Zobaczyć się, porozmawiać. Jeden dzień to nic. Teraz ich zmartwienia i lęki podwoiły się, a ona nijak nie mogła temu zaradzić.
            Owszem, chciała skończyć z tym wszystkim, chciała uciec i chciała… chciała pozbyć swojego drugiego „ja”, które niczym nie przypominało Lexy, która rozmawiała dzisiaj z pewną rudowłosą dziewczyną. Jedyne, co łączyło jej obie strony, to wygląd i ludzkie ciało.
            - Kochanie, wychodzisz? – W jej uszach rozbrzmiał delikatny głos jej mamy. Potrząsnęła energicznie głową, przenosząc swój wzrok na kanapę. – Och skarbie… - Zupełnie nie podobał jej się ten ton. Był zbyt… rozczulający.
            Mama wzięła ją w ramiona i przygarnęła do siebie.
            - Mogliśmy przewidzieć, że nie dadzą nam spokoju. – Tym razem odezwał się tata. – Wynegocjowaliśmy zbyt wiele? Chcieliśmy cię tylko odzyskać. – Lexa aż za dobrze wiedziała, że był załamany, ale nie wiedziała, co powiedzieć.
            - Słuchajcie… - zaczęła powoli. – Kocham was i wiem, że wy mnie też. Inaczej nie próbowalibyście tyle lat mnie sprowadzać do domu, ale przecież byliście świadomi tego, że nie dadzą mi dożywotnego wolnego. Proszę, nie róbcie takich scen. Nie lubię tego. – Odsunęła się ostrożnie od mamy i spojrzała na nich błagalnie.
            - Wiem kochanie, wiem – szepnęła mama i pogładziła delikatnie jej ramię. – Po prostu myśleliśmy, że dadzą ci chociaż tydzień lub dwa na odpoczynek. Tymczasem to już druga akcja, a przyjechałaś zaledwie tydzień temu.
            Kobieta spoglądała córce głęboko w oczy. Uśmiechała się. Słabo, ale jednak. Lexa przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Taki miała obowiązek. Tego już nie można nazwać pracą, a obowiązkiem. Od dziecka była do tego w jakimś sensie przeznaczona.
Taka musiała być. Bo niewiele osób mogło.
- Muszę iść. Nic mi nie będzie – odparła szybko, uśmiechając się krótko do rodziców. Oboje skinęli głowami, a po chwili ich córki już nie było. Wybiegła z domu tak szybko, jak tylko mogła, po drodze zerkając na zegarek. Powinna już dawno być w drodze i szukać celu, ale rozmowa z rodzicami zatrzymała ją na dłużej.
Może się nasuwać pytanie: dlaczego nie pożegnała się z rodzicami?
Bo wiedziała, że wróci. Zawsze.


~*~
Zatrzymała się dopiero, gdy znalazła się w samym środku lasu. Łapczywie łapała powietrze, wciągając je do płuc. Nie powinna robić tak głębokich wdechów, jednak zmęczyła się tak mocno, że aż zaczęła kaszleć.
Szlag by trafił szybką regenerację.
- No, pokaż się potworku – szepnęła pod nosem, okręcając się wokół własnej osi. Mrużyła oczy, aby w ten sposób wytężyć swój wzrok, ale na horyzoncie była jedynie pustka. Sięgnęła do pasa, by wyjąć sztylet i chwyciła go mocno. Cóż, demon nie do niej, więc ona do demona.
Stanęła w miejscu i przymknęła oczy, skupiając się na skanowaniu terenu. Dzięki tej umiejętności wiele razy uniknęła zaskoczenia od strony istot piekielnych, które bardzo lubiły sztuczki. Niejednokrotnie łowcy mieli problemy ze schwytaniem ich, bądź tracili życie w bezmyślny sposób. Bestie były bardzo przebiegłe i nie dawały tak łatwo za wygraną. Nowi szkoleniowcy często się dziwią, gdy zbyt pewni siebie idą na pierwszą misję, nie będąc świadomym tego, że one naprawdę myślą.
Szmer, jaki dobiegł do jej uszu sprawił, że w ułamku sekundy otworzyła oczy. Nadal nic nie widziała, ale z pewnością nie była już sama. Ruszyła przed siebie, rozglądając się na wszystkie strony.
Można powiedzieć, że demony głupie nie są. Widząc osobę, która na nie poluje, nie wyjdą tak łatwo z ukrycia. Wolą się natomiast trochę pobawić, a na ofiarę rzucić się z zaskoczenia.
- Dawaj, nie mam całej nocy na zabawę w kotka i myszkę… - Warknęła do siebie, przylegając plecami do pobliskiego drzewa. Znowu rozejrzała się i westchnęła, wychodząc na sam środek ścieżki.
Nie chciało jej się. To fakt, ale w żadnym wypadku nie było to spowodowane zmęczeniem, tylko zwykłym, typowo nastoletnim leniem. Chciałaby mieć już z głowy to stworzenie i iść do domu, położyć się na łóżku – jej własnym łóżku – by potem iść spać. W Instytucie codziennie musiała ćwiczyć i prawie regularnie wysyłali ją na misje, o wiele częściej niż innych adeptów. Wykorzystywali ją i jej umiejętności najbardziej, jak tylko mogli, a ona pragnęła tylko jednego – spokoju.
Połowa wspomnień, jakie przelatywały jej przez głowę, przypominały jej o ogromnej presji, jaką na niej wywierali. Ilekroć by nie powtarzała, że jest wyszkolona na takim poziomie, że nie potrzebuje korzystać w pełni ze swojego „daru”, jak to oni nazywali. Co to za dar, którego tak naprawdę nie miała od urodzenia?
Czym była dla samej siebie?
- Eksperyment… - Westchnęła, przymykając powieki, co okazało się wielkim błędem. Sekundę później poczuła przeszywający ból w okolicach kręgosłupa. Oczy prawie wypadły jej z orbit, a już po chwili leżała na ziemi, jęcząc z bólu. – Ależ ja jestem durna – szepnęła ledwo dosłyszalnie, próbując się podnieść.
Przy tym upadku ucierpiała lewa strona jej twarzy i ramienia. Nawet nie zdążyła stanąć na nogi, bo bestia znowu zamachnęła się i odrzuciła jasnowłosą na kilka metrów, by znowu zaliczyć nieprzyjemne spotkanie z ziemią. Splunęła krwią i tym razem zebrała w sobie wszystkie siły, by czym prędzej się podnieść. Sztyletu niestety już w ręce nie było.
Zaklęła.
- Przeklęta kreatura – syknęła do niego i wyciągnęła ręce przed siebie. Wystarczyło tylko jedno machnięcie, a siłą perswazji cisnęła nim o pobliskie drzewo. Później o kolejne, a na koniec mocno uderzyła nim o ziemię. – I co, fajnie ci? – Prychnęła, podchodząc bliżej stworzenia.
Demon wyglądał jak zwyczajne zwierzę, a w tym wypadku – niedźwiedź. Te podstępne żmije uwielbiały sztuczki i utożsamiały się z normalnymi zwierzętami tego świata. Wyróżniały je czerwone oczy, które zdawały się połyskiwać nocą i pianą, która toczyła się z ich paszczy, niekoniecznie wywołana wścieklizną. Myślały, że są sprytne, a jednak tak łatwo można było je wykryć poprzez wytwarzane specyficzne anomalie.
Nigdzie nie znalazła swojej broni i skrzywiła się. Lubiła ten sztylet, był wykonany na jej zlecenie i miał dla niej ogromną wartość.
Podeszła do zwijającej się z bólu bestii. Nie sądziła, że będzie zdolna do dalszej walki, bo nawet nie dawała rady się przetoczyć. Znudziły jej się już te niedźwiedzie… Czemu akurat one? Przecież te misie są takie urocze.
Zacisnęła dłoń w pięść i zamachnęła się, uderzając nią z całej siły, jaką w sobie zebrała, prosto w miejsce klatki piersiowej demona. Wydał z siebie przeciągły i donośny ryk, a po paru sekundach jego sylwetka zaczęła rozmywać się w powietrzu, zamieniając się w lśniący pył. Za sobą usłyszała oklaski i z przerażeniem odwróciła się za siebie, przybierając pozycję obrończą.
- Kim ty, do cholery, jesteś i czego ode mnie chcesz?! – Warknęła, przygotowując swoje ręce do ataku. Z tej perspektywy nijak nie mogła dostrzec żadnego elementu charakterystycznego, jedynie czarną sylwetkę, kryjącą się w cieniu drzew. Mogła jedynie snuć przypuszczenia o płci, męskiej płci, bo postać nie miała długich włosów i to by było na tyle ze szczegółów.
- Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy – odpowiedział jej męski głos. Zgadła. – Chciałem pogratulować zakończenia misji z powodzeniem. – Czyli musiał być kimś z Instytutu. Chyba że…
- Kim jesteś? – Powtórzyła twardo, nie opuszczając rąk. – Kim jesteś, po co przylazłeś i skąd wiesz o istnieniu demonów? – Musiała się upewnić, żeby przypadkiem nie powiedzieć za dużo, czego mogłaby pożałować, a może nawet przepłacić życiem.
Jako odpowiedź posłał jej śmiech. Czuła, jak zdenerwowanie płynie w jej żyłach, zaczynając niebezpiecznie przyspieszać.
- Opuść te ręce, kochana, nie masz potrzeby się mnie bać. Na imię mam Jonathan i zostałem ci przydzielony jako opiekun podczas twojego pobytu w świecie nastolatków. – Mężczyzna wyszedł z cienia, ukazując swoją twarz. Na jej oko lat miał około trzydzieści, lekki zarost i krótkie, ale postawione, brązowe włosy. Wysoki, ale skryty czarnym płaszczem.
- Opiekun? Po co mi ktoś taki? – Nieświadomie zaczęła opuszczać ręce w dół, prostując się.
- A po to, że Rada nie wie, czy powinna ci ufać i czy nie wykręcisz im numeru. Opuściłaś Instytut, ale to przecież wiesz… Tyle razy próbowałaś stamtąd przecież uciec, a teraz? Dopięłaś swego. Wróciłaś do swoich rodziców – oczywiście na odpowiednich warunkach – ale i tak nikt nie ma do ciebie pełnego zaufania, moja droga. Jesteś ich Złotym Dzieckiem. Nie chcą cię stracić – tłumaczył, nie zbliżając się do niej ani na krok, odkąd ukazał się jej w pełnym świetle.
Lexa skrzyżowała ręce na piersi.
- A po co miałabym uciekać? Dzięki temu rodzice dostają dodatkową wypłatę, a nawet jeśli bym spróbowała TERAZ zwiać i odciąć się od Instytutu, i tak by mnie zabili. To ich metoda na wszystko – skwitowała. Między nimi zapadła cisza. Najwyraźniej zagięła go swoją wypowiedzią, a on szukał prawdziwego powodu swojego istnienia.
- Widzisz? Więc nie potrzebuję żadnej niańki, ze wszystkim poradzę sobie świetnie sama. Dziękuję za troskę, ale ja już pójdę – oznajmiła, nie dając mężczyźnie szansy na wtrącenie się. Zdążyła odwrócić się na pięcie i chciała pobiec, by uniknąć dalszej rozmowy, ale jej plan legł w gruzach.
- Możesz się z tym nie zgadzać, ale takie są fakty. Moim zadaniem jest zdawać raporty dotyczącej współpracy z tobą i jeśli będą negatywne… - uciął. Lexie obiad podszedł do gardła. Jeśli będą negatywne, to co wtedy? Delikatnie obróciła swoją głowę.
- To co? – Zacisnęła dłonie w pięści, aż paznokcie zaczęły wbijać się w jej skórę.
- Cóż… - Jonathan podrapał się po głowie i udawał przez chwilę, że mocno się nad czymś zastanawia, a Lexa czuła, że zaraz żyłka jej pęknie na czole.
- To co, do cholery! – Wrzasnęła, robiąc kilka niebezpiecznych kroków w jego kierunku. Jej spojrzenie już nie było takie przyjemne, jakim mogło wydawać się wcześniej.
Bała się. Tak cholernie bała się tego, co powie, a przeczuwała, jaki warunek te szczury laboratoryjne mogły jej postawić. Dlaczego była taka cenna? Sama w sobie nie widziała nikogo specjalnego, tylko maszynę, która została stworzona do wyższych celów. Została stworzona – nie była przeznaczona do niczego.
- Odeślą cię.
Umilkła. Ślina przemknęła gorzko przez jej gardło, tworząc w nim gulę, której przez kilka chwil ciężko jej było się pozbyć. W jednej chwili zrobiło jej się słabo, ale przymknęła oczy, tym samym odzyskując panowanie nad sobą i swoim ciałem.
Tak z nią pogrywali. Zero zaufania, oczywiście. Ich maszyna stworzona była z ludzkiego ciała, a ponadto miała własną, wolną wolę i to był powód ich obaw. Gdyby zamiast niej mieli robota, z pewnością takich problemów by uniknęli, a że Lexa potrafiła być dosadna i czasami zdarzało się, że nie słuchała do końca rozkazów tak, jak powinna, musieli mieć nad nią większą kontrolę.
- Niech się pieprzą – fuknęła, krzyżując ręce na piersi. – Niech wszyscy się pieprzą z tego pierdolonego Instytutu!
Złapała się dłońmi za głowę, prawie wyrywając swoje jasne blond włosy. Miała ich dość. Gdyby miała taką siłę, już dawno powybijałaby każdego, co do jednego.
- Rozumiem, że to do ciebie dotarło – odezwał się nagle Jonathan, a dłonie panny Rodriguez w sekundzie zacisnęły się w pięści. – Podobno kobiety potrzebują czasu, żeby wszystko sobie hm… przetrawić – jego uśmiech sprawiał, że jeszcze bardziej chciała mu przywalić – więc porozmawiamy na spokojnie jutro. Numer już mam, proszę się nie martwić, a teraz zalecam udanie się na spoczynek.
Stał od niej zaledwie parę metrów dalej. Wystarczyła jej chwila i już mogłaby przy nim się znaleźć lub zadać mu cios na odległość – przecież mogła. Z pewnością była szybsza, więc czemu by nie…
- Żegnam, Panno Rodriguez.


5 komentarzy:

  1. Witam :3
    Anielski rozdział moja droga! Naprawdę, bardzo mi się podobał i tutaj zobaczyłam jak bardzo podciągnęłaś się w pisaniu, nie mówię o Wybrance, bo tam jest inny styl i bardziej pragmatyczny i potrafisz nim pięknie się posługiwać. Mówię o stylu w tej powieści i naprawdę, po tym rozdziale dostrzegłam wiele różnic między tą a poprzednią wersją. I są to różnice na plus :D
    Jonathan wydaje się teraz większym dupkiem i bardziej pewny siebie i moim zdaniem to bardzo dobrze. Widać, że jest ciekawą i dość niebezpieczną postacią, kiedy się o nim czyta.
    Rozmowa Lexy z rozdzicami na początku rozdziału, była super. A zwłaszcza bojownicza postawa ojca :D i doskonale rozumiem Lexę, że nie lubi takich rozczulających momentów, sama ich nie lubię xD, ale wyraźnie widać, że ona nie chce, aby każda rozmowa przed misją wyglądała jak pożegnanie, bo ona wie, że wróci. Musi wrócić do rodziców, bo nie po to ją wyciągnęli, aby teraz ją stracić.
    "Może się nasuwać pytanie: dlaczego nie pożegnała się z rodzicami? Bo wiedziała, że wróci. Zawsze." - piękne! <3
    "Tak z nią pogrywali. Zero zaufania, oczywiście. Ich maszyna stworzona była z ludzkiego ciała, a ponadto miała własną, wolną wolę i to był powód ich obaw." - bardzo mi się to zdanie podoba <3 cała prawda, nie tylko o Lexie i laborantach, którzy ją "stworzyli", ale też i o ludziach będących u jakiejś władzy i mających coś wielkiego, którzy boją się, że coś utracą.

    Błędziki:
    "mieć, tak naprawdę" - bez przecinka
    "zupełnie innego" - zjadłaś "co" pomiędzy
    "Jedyne, co łączyło jej obie strony, to wygląd, to ludzkie ciało." - nie bardzo rozumiem... chyba powinno być "to wygląd i ludzkie ciało" i bez przecinka przed "to"
    "typowo nastolatkowym leniem" - nastoletnim
    "częściej nić innych" - niż
    "przypłacić życiem"- przepłacić

    Chyba tyle miałam do powiedzenia. Rozdział naprawdę super :D
    Ale mam jedno pytanie odnośnie tego:
    "sprawił, że w momencie otworzyła powieki." - nie mam stuprocentowej pewności, że to jest błędne, ale dla mnie powinno być napisane, że w ułamku sekundy otworzyła oczy (czy coś podobnego), bo samo w momencie mi jakoś dziwnie brzmi, ale zauważyłam, że nie pierwszy raz tak piszesz, więc nie chcę zwracać Ci za to uwagi jako błąd, bo sama nie jestem pewna, a nawet chce się zapytać, czy to jest poprawnie gramatycznie? Język polski skrywa wiele sekretów dziwacznych xD
    Jak tylko wrzucisz rozdział 3 daj znać :D

    Pozdrawiam, weny i inspiracji :)
    anielskie-dusze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się,że widać progres, bo o to chodziło najbardziej :D Kij tam, że błędy, bo wiadomo one zawsze się do nas wkradną, nawet te głupie, jak własnie mi w tym rozdziale xD
      To takie kochane jak zacytowałaś swoje ulubione teksty *.* Podbudowało to mnie i to bardzo, kocham <3

      Błędziki poprawione, nawet ten ostatni, bo może rzeczywiście niejasno to opisałam, jakoś tak dziwnie, więc niech tak będzie :D

      Pozdrawiam <3

      Usuń
    2. ^^ jest progres jest!
      Błędy błędami, zawsze będą. Ja raz napisałam ujżała zamiast ujrzała xD, a taka ze mnie humanistka ;P
      Nie mogłam nie zacytować, bo były piękne i mocno na mnie podziałały :3

      Miłego :)

      Usuń
  2. Ogólnie już 3 rozdziały wyszły, więc postanowiłam przecyztać od nowa. Ogólnie ejstem zła, że musiałam to zrobić, szczególnie że wcześniej przeczytałam już ponad 20 rozdziałów, więc niechętnie do tego podeszłam. Ale mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jest 100 razy lepiej. Przyjemniej się czyta, zrezygnowałaś z typowego amerykańskiego snu, przyspieszyłaś akcję i widać różnicę w stylu pisania. Tak więc brawa dla ciebie i chyba więcej nic nie mam do dodania. Pewnie będę czytała rozdziały "zbiorczo", ale wiedz, że tu jestem!
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie na nowe rozdziały! :)
    http://granica-olimpu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, jestem :)
    Wiesz co? Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam, ale naprawdę jest mi szkoda rodziców Lexy. Nie mieli wyboru i musieli oddać obcym ludziom swoje jedyne dziecko, a teraz patrzą jak ta co chwilę ryzykuje swoje życie walcząc z potworami. Mało tego, gdyby się sprzeciwili nawet nie mogliby widywać jej zbyt często. To smutne i naprawdę mnie to denerwuje. Wyobrażam sobie co musieli czuć, kiedy zabrano im córkę i pozwalano tylko w wybranym czasie się z nią widywać. A i teraz, kiedy w końcu ją odzyskali, to zarówno oni jak i ona muszą mieć się na baczności i być ciągle podporządkowani ludziom z Instytutu, żeby znowu siebie nie stracić. Okropne.
    A Lexie się trochę oberwało od tego potworka. Wolę nie myśleć, jak to musiało boleć. I Jonathan. Ma być jej opiekunem, bo instytut jej nie ufa. Zastanawia mnie, jak ona próbowała uciec i czy w ogóle prze Instytutem można uciec? W sensie, czy mogłoby to się udać? Bo zakładam, ze nie ona jedna próbowała. Z jednej strony nie dziwię się, że chcą ją sprawdzać, ale z drugiej znowu te ograniczenia. A kim ona do cholery jest, żeby ją sprawdzać na każdym kroku? Jest człowiekiem, jak każdy inny i chyba nie zrobiła nic złego, więc nie powinni jej szantażować. Uważam, że nawet jeśli jest dla nich tak cenna, to powinni dać jej wybór. A tak to naprawdę traktują ją jak zwierze, jakby jej uczucia w ogóle się nie liczyły. Nie dziwię się, że się zdenerwowała, sama się wkurzyłam :P
    Lecę do trójki!

    OdpowiedzUsuń