środa, 31 maja 2017

Rozdział 4


            Roy, Roy, Roy… Gdzie to u licha jest?
            Przez całą drogę mamrotała pod nosem, rozglądając się po szyldach rozwalających się już budynków wyglądających na domy, w poszukiwaniu pożądanego lokalu, w którym miała umówione spotkanie. Zaklinała w myślach cały Instytut i każdego jednego pracownika po kolei, którego choć imię lub samo nazwisko było jej znane. Jej paznokcie zaczęły wbijać się w sztuczną skórę, którą opatulona była kierownica, a zęby lada moment mogły stracić na wyglądzie, gdyby nie jeden, głupi szyld, który w końcu raczył ukazać się jej błękitnym oczom.
            - No wreszcie! – zawołała triumfalnie, aż unosząc ręce ze zdumienia. Czym prędzej zaparkowała auto na poboczu i wysiadła, mierząc wzrokiem okolicę. Niby spokojnie, a jednak nie tak bardzo. Baxford wbrew pozorom nie było małym miasteczkiem, a mimo to jego obrzeża potrafiły zmrozić człowiekowi krew w żyłach.
            Niepewnie skierowała swoje kroki ku drzwiom wejściowym, wcześniej zerkając dyskretnie przez okna, by zbadać teren. Okazało się, że naprawdę niewiele osób znajdowało się w środku, co dodało jej więcej odwagi, by wkroczyć.
            Drzwi przy otwieraniu zahaczyły o dzwoneczki, umieszczone w odpowiednim miejscu, by sygnalizować o nadejściu nowego klienta. Niestety wzbudziła swoją osobą niemałe zainteresowanie u wszystkich, którzy znajdowali się w lokalu – a nawet u kelnerek. Westchnęła przeciągle, kątem oka zauważając znajomą – a może i nie? – sylwetkę brązowowłosego mężczyzny, siedzącą na samym końcu, w rogu.
            - Cóż za dyskrecja – rzekła, gdy znalazła się na tyle blisko, by Jonathan mógł ją usłyszeć. – Doprawdy, spotkanie w tajemnicy i nikt nic nie zacznie podejrzewać, skoro zajmujemy miejsce na końcu? Pogratulować logiki. – Skrzyżowała ręce na piersi.
            - Mi też miło cię widzieć, Lexa. – Dosłownie ją zbył, a ona już czuła, jak żyłka na czole zaczyna jej niebezpiecznie pulsować.
            - Dobra, nie pieprz głupot tylko tłumacz, o jakie gówno chodzi, bo nie mam ochoty spędzać z twoją osobą ani jednej minuty więcej. – Jej złość kumulowała się od samego startu spod szkoły, więc nie, nie potrafiła się hamować. Nie w tej chwili, choć wiedziała, że złości się niepotrzebnie.
            Jonathan westchnął, unosząc na nią swój wzrok z politowaniem.
            - Czego ode mnie oczekujesz? Że odmówię im? Że wrócę i powiem „Przykro mi, Panowie, odrzuciła mnie i nie będę się nią zajmował?” – powiedział, uśmiechając się do niej z politowaniem.
            - Tak, to masz właśnie zrobić. Nie chcę żadnego pieprzonego przełożonego, czy kogo innego. Do reszty ich powaliło?! – Uniosła się, bo nie wytrzymała napięcia, przez co mężczyzna wpadł w panikę i zaczął ją uspokajać gestem wyciągniętych rąk, rozglądając się dookoła z paniką.
            - Hej, daj trochę na luz. Jakbyś nie wiedziała, jesteśmy w miejscu publicznym.
            - Och czyżby? Przykro mi, jakoś nie zauważyłam – odcięła się, prychnąwszy na niego.
            Mężczyzna przeczesał dłonią swoje gęste, nieco za długie włosy i utkwił wzrokiem w przypadkowy punk, znaleziony za oknem. Jak miał dotrzeć do tak rozkapryszonej pannicy? Nie znała powagi sytuacji i złościła się o wszystko, co do niej powiedział. Cóż, można powiedzieć, że taka kobieca natura, ale musiał znaleźć sposób, żeby w końcu odpuściła.
            W zasadzie nie musiał się nią wcale przejmować, bo kompletnie jej nie znał. Pierwszy raz widział ją na oczy tamtej nocy, kiedy wysłali go na pierwszą obserwację. Miał się jeszcze nie ujawniać przez tydzień, jednak coś go tknęło, by zacząć działać wcześniej. A co by się z nią stało, gdyby rzeczywiście wrócił i powiadomił o odmowie? Dziewczyna musiałaby wrócić do Instytutu i pewnie nie dość, że byłaby zła sama na siebie, to jeszcze jej rodzice nie mogliby znieść tego, że po raz drugi zabrano jej córkę.
            Zapoznał się z jej historią i pewnie ona zaważyła o jego zdaniu, gdy pisał do niej wiadomość. Mógł nie podejmować się tej rozmowy, a jednak to zrobił. Było mu jej żal? Czy jej rodziców? Cóż, chyba obojga. Mała dziewczynka, która nie zaznała swobody dzieciństwa oraz prawdziwej miłości rodzicielskiej przez tak ważny obowiązek, jaki musiała spełniać. Nie mógłby żyć z myślą, że to przez niego ją stracili, gdyby uparła się przy swoim.
            - Słuchaj, sprawa jest prosta – zaczął. – Spotykamy się w wyznaczonych przeze mnie terminach i staramy się pracować nad twoimi umiejętnościami, a ty jesteś grzeczna, słuchasz mnie i robisz to, co do ciebie należy – w tym momencie miał na myśli zabijanie demonów. – Proste? Też tak sądzę. Więc jak będzie?
            Lexa mierzyła go niepewnym spojrzeniem, nadal mając ręce skrzyżowane na piersi. Oczy zmrużone, ledwo widoczne, a usta mocno ściśnięte.
            - Więc o to im chodzi? Że nie kuję żelaza, które mi dano? – Zakpiła, ale raczej z tego, co sama powiedziała. Skąd w niej tyle poetyckości?
            Jonathan skinął głową.
            - Tak. To dla nich ważne, żebyś nie ogłupiała i korzystała z nich – tłumaczył. – A co najważniejsze, żebyś robiła to dobrze. Chcą, żebyś opanowała ich użytkowanie do perfekcji, by całą Czwórka była sobie równa. Nigdy nie wiadomo, co może się stać.
            - Ta, świetnie… - mruknęła, rozluźniając ręce. Położyła je na stoliku i zaczęła się w nie wpatrywać, zupełnie zapominając o swoim towarzyszu na jakiś czas. Niby wybór był prosty. Każdy wybrałby od razu opcję, do której był przymuszany i gdyby nie wybrała tego i ona, pewnie wyszłaby na dziwadło.
            Rodzice, pomyślała. Tak. To oni w tym momencie zamknęli jej samolubną część gdzieś w otchłani jej duszy, by zastąpić ją miłością do nich. Nie mogła ich ponownie stracić, po prostu nie mogła. Nie po to walczyła przez ostatnie lata, by do nich wrócić. Chciała wieść po części spokojne życie nastolatki, która ma przy swoim boku rodziców, na których zawsze mogła polegać. Chciała chodzić do tej pieprzonej szkoły, posiadającej bogatsze ubarwienie nie tylko w nauczaniu i uczniach, ale i samym wystroju, by nie przytłaczały ją szare, nic nie znaczące ściany i ławki, przy których siedząc można było się czuć jak w więzieniu.
            - Więc – chrząknął Jonathan – jaka jest twoja decyzja?
            Westchnęła. A niby jaka miałaby być? Czy miała jakikolwiek wybór? No, nie miała. Niestety.
            Na początek skinęła głową, ale nie patrzyła prosto na Jonathana. Przełknęła ślinę i wzięła głęboki haust powietrza, żeby wydusić z siebie to, czego nie chciała powiedzieć.
            - Tak. Tak, zgadzam się – powiedziała, po czym szybko dodała z palcem w górze. – Ale nie chcę żadnego tatusiowania, bo już jednego mam i ty nie będziesz drugim. O nie. A poza tym, żadnego naciskania, bo… - wzruszyła ramionami – po prostu pożałujesz, że to ty jesteś na tym miejscu, a nie ktoś inny. – Uśmiechnęła się niczym psychopatka i posłała mu oczko.
            Jonathan roześmiał się. Twarda była, trzeba to przyznać, no i wiedziała, czego chce. Wyznaczyła mu granice, których za nic w świecie przekraczać nie powinien. A co jeśli to zrobi? Cóż, gdyby nawet zadał to pytanie, pewnie tylko by się znowu głupio uśmiechnęła. Wiedział, że musi przekonać się o tym na własnej skórze.
            - Świetnie, tak jak myślałem – odparł, nie kryjąc radości. Podniósł się z miejsca i spojrzał dziewczynie prosto w oczy. – Więc zapraszam za mną. Pora nieco przetestować twoje umiejętności.
            Lexie zupełnie to się nie podobało, więc niechętnie podążyła za mężczyzną.
Nie dziwne było to, że nic w tej knajpie nie zamówili? Nawet głupiej kawy, czy herbaty? Kolejna, zupełnie pozbawiona logiki rzecz, którą zrobił. W duchu parsknęła śmiechem i zignorowała spojrzenia zaciekawionych klientów, podczas gdy ich mijała.


~*~*~
- To od czego zaczynamy? – zagaiła, stojąc z boku ze skrzyżowanymi rękami. Znajdowali się na małej polance w środku lasu, bardzo zacisznej, całkowicie okolonej drzewami. Zaraz po wyjściu z knajpy Jonathan pognał w stronę ściany lasu, po drugiej stronie ulicy, więc jasnowłosa musiała dotrzymać mu kroku. Sprawdzał jej wytrzymałość i szybkość, z jaką go dogoniła.
Na początek kazał jej uderzyć w niego, więc tak też zrobiła. Zamachnęła się porządnie i prawą pięścią wymierzyła mu cios prosto w jego prawy policzek. Nieco za mocno.
- Okej, okej, świetnie, że masz tyle siły, ale nie kazałem ci zatłuc mnie na śmierć! – Wrzasnął poddenerwowany. Lexa tylko wzruszyła ramionami.
- Sory, nie odnotowałam. – Posłała mu uroczy uśmiech. Mężczyzna westchnął.
- Dobra, to może teraz dasz mi szansę się chociaż obronić? – zaproponował z uniesioną brwią, a jasnowłosa tylko przytaknęła.
Stanęli naprzeciw siebie raz jeszcze i przyjęli pozycje do walki. Jonathan uniósł swoje ręce na wysokości pasa i zmrużył oczy, wyczekując jej pierwszego ruchu. Lexa nie spieszyła się wcale, tylko uśmiechała się pod nosem, grając na cierpliwości ciemnowłosego. Z jakiej racji ma mu ułatwiać współpracę? Kategorycznie przedstawiła swoją niechęć do tej „umowy”, więc niech się chłop nie dziwi, dlaczego tak się zachowywała.
Postawiła pierwszy krok w jego kierunku, a on się cofnął. Oboje nie spuszczali z siebie wzroku, a Jonathanowi zaczęło podnosić się ciśnienie, kiedy patrzył na jej zadowoloną minę. Wiedziała, że wytrzyma jej gierki i pierwszy zaatakuje. To było do przewidzenia. Z łatwością chwyciła go za nadgarstek, gdy mierzył pięścią prosto w jej twarz. Później za drugi, kiedy chciał zranić ją w brzuch.
- Czy to nie ja miałam cię atakować? – Spytała, nie zwalniając swojego uścisku.
- Cóż… - Nie dokończył. Lexa w tym czasie wykręciła jego ręce i podcięła zgrabnym ruchem nogi, a ten skończył swoją potyczkę z jasnowłosą wylegując się na ziemi.
Postawiła na swoim. Jak zawsze.
Wpatrywała się w niego z góry, a jej uśmiech tylko się powiększał, by w końcu zacząć się śmiać. Może troszeczkę była psychiczna, ale nienawidziła go. Wystarczył jest fakt, że wysłano go z Instytutu. Potem wystarczył powód, dla którego go wysłano, a na koniec… samo jego zachowanie, którego nie mogła znieść.
- Mogłabyś już ze mnie zejść? – Poprosił, wzrokiem wskazując na stopę, przytykającą go do ziemi niczym upolowaną zwierzynę. Odsunęła się.
- Ups, zamyśliłam się. Sorki. – Wzruszyła ramionami i odwróciła się.
- To może zobaczymy, jak mają się twoje moce? – zaproponował, otrzepując się z piasku. Właśnie dowiedział się, jaką była nieznośną osobą i już żałował, że zgodził się tu przyjechać. Ale nie chciał dać za wygraną i nie narażać kolejnych wyszkolonych do patyczkowania się z Lexą. – Stań tam – pokazał przestrzeń naprzeciwko siebie – i spróbuj siłą woli przewrócić to drzewo lub… zrób z nim co chcesz.
Wzrokiem chciała go zabić, ale w środku czuła się obojętna co do tej sytuacji. Nie chciała już tu być. Po prostu.
Wyciągnęła leniwie ręce do przodu i spojrzała na wyznaczony cel. Zmrużyła oczy i stwierdziła, że to nudne. Miała po prostu przewrócić drzewo? Siłą woli? Nie - za proste. Rozejrzała się więc po okolicy i wzrokiem odnotowała wielki kamień, prawdopodobnie jedną trzecią swojej części wbitym w ziemię. To był pomysł!
Zaciekawiony Jonathan obserwował jasnowłosą dziewczynę i próbował odgadnąć, co zamierza zrobić. Skrzyżował ręce na piersi i już po chwili wpatrywał się w lewitujący nad ziemią głaz, który w momencie przeleciał odległość kilku metrów, na swojej drodze potrącając jedno z drzew i lądując przy kolejnym.
- Może być tak? – spytała, odwracając się do swojego przełożonego przodem. Ręce zaplotła za plecami i skrzyżowała swoje nogi. No co? Przecież była przykładną uczennicą i słuchała zaleceń. Nie robiła nic złego.
Była całkowicie zadowolona ze skutku swoich poczynań. Jonathan wpatrywał się w nią z politowaniem, nie wiedząc co powiedzieć, a ręce opierał na biodrach. Chyba brakowało mu cierpliwości, a to dopiero pierwszy trening!
- To chyba koniec na dziś. Napiszę do ciebie następnym razem, jak będziemy mieli się spotkać – oznajmił, wcześniej westchnąwszy. Podszedł do niej bliżej. – Muszę wrócić do Instytutu na kilka dni, zdać raport i podpisać kilka papierów, więc najprawdopodobniej spotkamy się dopiero w następnym tygodniu, a jeśli szczęście dopisze, to w weekend. – Miała wielką nadzieję, że to nie nastąpi. Przewidywała kolejne zlecenie, bo zazwyczaj w weekendy demony upodobały sobie dręczenie łowców najbardziej. Mało kiedy sobotnie, czy też piątkowe wieczory, przeleżała w spokoju.
- Jasne, to do następnego! – Zawołała na odchodne i zniknęła mężczyźnie z oczu.
Dopięła swego. Miał jej dość i dał jej spokój. Ile to wszystko trwało? Zaledwie pół godziny, jak mogła się domyślić. Dała mu do zrozumienia, że działanie na jej niekorzyść jest słabym zagraniem. Choć może powinna kierować to pod adresem Instytutu, a nie Jonathana. Chyba po prostu miał pecha, że to akurat jego osobę do niej przydzielono.

I tak oto, w nie najgorszym humorze, przemierzała drogi Baxfrod, kierując się prosto do domu, by wyłożyć się na swoim kochanym łóżeczku i trochę się poobijać. Idealny wieczór!


 ~*~
Znowu dodaję rozdział z kompletnym brakiem siły, więc standardowo zachęcam gorąco do komentowania i dawania mi znać, że czytacie, jesteście, a może kochacie hihi <3 nbsp="" p="">

2 komentarze:

  1. No hej :)
    Wydaje mi się, czy rozdział jest bardzo krótki? Momentalnie go przeczytałam xD
    Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona sposobem, w jaki przedstawiłaś Jonathana, bo w przeciwieństwie do poprzedniej wersji, teraz przypadł mi do gustu. I pomimo tego, że pewnie nie będzie moją ulubioną postacią, to wydaje się chcieć pomóc Lexie i to mnie cieszy. Mógłby przyjąć jej odmowe współpracy i wrócić do Instytutu, a wtedy dziewczyna miałaby poważne kłopoty, a jemu mimo wszystko zależało, choć na dobrą sprawę nawet jej nie znał. I chociaż rozumiem jej złość bo Instytut chce ciągle ingerować w jej życie, to póki co wydaje mi się że nie powinna od razu skreślać Jonathana. Chociaż podobało mi się że od razu pokazała mu na co ją stać, bo przypuszczałam, że na tym treningu mu się nie da i się na niej nie zawiodłam :P Lubię w niej tę zadziorność i to że nawet jak musi się podporządkować to zachowuje się tak, jakby to ona panowała nad sytuacją. Niezły mu dała wycisk ale przynajmniej facet może być pewien że pobyt poza instytutem nie wpłynął na jej umiejętności. Swoją drogą naprawdę ją podziwiam za to, że ona ma na to wszystko siłę (chociaż chyba nie ma za bardzo wyjścia) bo jakby nie było dopiero odzyskała rodziców więc pewnie chce się nimi nacieszyć, poza tym szkoła, lekcje, zwalczanie demonów i teraz jeszcze te treningi. No i nie zapominajmy o życiu towarzyskim. Sporo zajęć, ja jestem bardziej typem leniucha, więc pewnie z czegoś starałabym się zrezygnować :P
    Pozdrawiam i czekam na następny ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest krótki i podziwiam, że udało Ci się skrobnąć tak długi komentarz xD
      Yep, Jonathan wypadł mi zupełnie inaczej, ale to i tak nie zmieni faktu, jak nasza blondyneczka będzie go nienawidziła xD Ale wszystko w swoim czasie, bo mam tylko 2 rozdziały w przód, a kilku rzeczy nadal nie wiem, w jaki sposób wprowadzić, żeby odebrało się to dobrze D:

      Pozdrawiam <3

      Usuń